czwartek, 5 maja 2011

The end...


***
-Panie doktorze, co z nią?
-Stan pani córki jest niestabilny, zrobiliśmy wszystko co byliśmy w stanie, teraz pozostaje nam tylko czekać.
-Ale, ale…
-Proszę nie płakać. Musi pani być dobrej myśli i przede wszystkim wierzyć, że córka z tego wyjdzie. Samochód jechał z dużą prędkością…
-Wiem…czy ja tu mogę przy niej posiedzieć?
-Oczywiście, może tu pani zostać tak długo jak pani chce, ale powinna pani również odpocząć.
-Dziękuję.
                                                           ***
-Dobry wieczór pani.
-Dob…Marek? Ty tutaj? Ale skąd wiedziałeś? Kto ci powiedział?
-Kamila.
-No tak, mogłam się domyślić.
-Mam nadzieję, że nie ma mi pani tego za złe?
-Nie, oczywiście,że nie. Za złe miałabym ci, gdybyś przyprowadził to Krzyśka. Bo wiesz o nim, prawda?
-Tak wiem i wiem, że to wszystko stało się przez niego.
-No właśnie…a on ją podobno tak kochał…to moja wina.
-Proszę tak nie mówić.
-Moja, to ja ją popchnęłam w jego ramiona.
-Chciała pani dla niej jak najlepiej.
-Nie.
-Jak to?
-Ja chciałam jak najlepiej dla siebie, kompletnie nie brałam pod uwagę jej uczuć, tylko swoje. Byłam egoistką.
-Nie może pani tak mówić.
-Ale ja ją unieszczęśliwiałam.
W tym momencie aparatura, do której była podłączona Konstancja zaczęła wydawać z siebie różne dziwne dźwięki. Od razu przybiegły pielęgniarki i lekarze. Wszystkich wyprosili z pokoju...
-I jak panie doktorze, co z nią?
-Próbowaliśmy wszystkiego,ale niestety…
-Nie, nie…
Dalsze słowa lekarza zostały zagłuszone przez płacz mamy Konstancji. Marek próbował ją pocieszyć, ale sam też nie wytrzymał i zaczął płakać…
-Powinnam była pozwolić na waszą miłość Marku.
-Wybaczy pani,ale chyba nie rozumiem.
-Marek…prawda jest taka, że…że…Konstancja kochała cię do końca swoich dni…
-I ja ją też…                                          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz